Najlepszy przyjaciel (małego) człowieka to pies

by Położna Agata
1326 wyświetleń

Najlepszy przyjaciel dziecka to pies. Bywa, że ma coś z Supermana a czasem jest najzwyczajniejszym psem na świecie. A gdzie w tym wszystkim miejsce dla kota? Zwłaszcza dla takiego, który działał pewnej znanej na cały świat damie na nerwy mimo, że był najdzielniejszym towarzyszem? Poznaj te i inne historie wyjątkowych przyjaciół na czterech łapach, którzy zmienili świat dziecka na lepsze a także odkryj co się stało, kiedy ich na tym świecie zabrakło.

W moim rodzinnym domu zawsze mieliśmy dużo zwierząt. Niektóre szły przez życie, nie zwracając na siebie większej uwagi, inne na zawsze pozostały w naszym sercu. One z pewnością tam śpią. Były szczury, królik, rybki, polujące na nie koty, no i zawsze był też pies.

Pies był potrzebny w naszym domu, ponieważ moja Mama czyli Babcia Bobasa jest głucha i nie słyszała, jak ktoś dzwoni do drzwi. Z pieskiem w domu czuła się bezpiecznie.

Któregoś dnia opowiedziała mi po kolei o wszystkich psach jakie były i są obecne w jej życiu. Niektóre z nich sama pamiętam, w końcu były nieodłączną częścią mojego dzieciństwa:

Ami to pies, który był bardzo wierny i dożył 13 lat. Amiego mało pamiętam, ale został uwieczniony na jednym ze zdjęć z mojego przedszkola. Zajrzę do tej szczególnej fotografii i sobie przypomnę jak wyglądał, jak moja kochana bratowa z walizką na wypasie dojedzie do nas wkrótce z moim albumem rodzinnym. Pamiętam, że kiedyś Ami się zgubił daleko od domu, ale odnalazł drogę i wrócił. Kiedy byłam dzieckiem, zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, że pies jest na tyle mądry, aby samodzielnie odnaleźć drogę do domu.

Bella dla odmiany była nieposłuszna, poza tym była hałaśliwa i uciekała. Pewnego razu moja koleżanka ze szkoły, która przyszła do mnie w odwiedziny, otworzyła Belli drzwi wejściowe (nie mam pojęcia, dlaczego to zrobiła), a Bella jako, że miała naturę uciekinierki, wyszła z mieszkania i nigdy do nas nie wróciła. Babcia Bobasa była wtedy w pracy. Często się zastanawiałam, jak potoczyły się losy Belli. Dzisiaj jak myślę o niej to mam nadzieję, że znalazła w tamtym czasie dobre miejsce, w którym dożyła późnej starości.

Milkę najlepiej pamiętam. Milka była bardzo wiernym i posłusznym psem i była z nami 11 lat. Po drugiej stronie ulicy mieszkał jej psi brat Czips (u koleżanki, która wypuściła Bellę). O Milce przeczytasz jeszcze w dalszej części wpisu 😉

Była także cała zgraja niesamowitych psiaków, które były przed moimi narodzinami i po tym, jak już opuściłam rodzinny dom:  Puszek, Ciapek, Ami I, Max, a także Maxiuś.

Maxiuś pochodzi ze schroniska. Nie jest urodziwy, ale jak podaje Babcia Bobasa to kochany pies i przytulanka. A ona wie co mówi. My czekamy na dzień, w którym pojedziemy do Polski i go poznamy. 🙂

Nie miałam wątpliwości, że każdy pies był i jest dla Babci Bobasa ważny i nigdy o żadnym nie zapomniała. Przyznam, że w przeciwieństwie do mojej Mamy, ja nigdy nie trzymałam z psami. Historie o przyjaźni człowieka z psem, w których można przeczytać w książkach takich jak Był sobie pies to zdecydowanie nie było o mnie.

Kitka

Przez większość część mojego dzieciństwa wiernym towarzyszem moich zabaw był kot Kitka. Muszę przyznać, że to dość dziewczęce imię jak na kocura. Po prostu wszyscy na początku myśleli, że nasz kocur to kotka. Sama się do dzisiaj zastanawiam, jak to w ogóle możliwe. Później Kitka został i tak wykastrowany. Naszła mnie myśl, że to może dlatego, żeby bardziej pasował do swojego imienia? 😉

Kitka towarzyszył mi dzielnie przez 9 lat. Przez te wszystkie lata cierpliwe znosił moje wszystkie dziecięce pomysły na zabawę takie jak wiązanie z wstążki muchy na szyi na przyjęcie urodzinowe Barbie albo szlaki ułożone z suchej karmy prowadzące prosto do domku pułapki. Domek pułapka to była prosta konstrukcja z klocków z drzwiczkami, które miały się zamknąć po wejściu Kitki do środka.

Oczywiście Kitka nigdy nie dał się na to nabrać. Zjadał karmę do samych drzwi, po czym zmykał grzać się na słońcu albo siedząc na fotelu zaczepiać przechodzącą pod nim Milkę.

Milka i Kitka to był udany duet. Chociaż czasem się sprzeczali, panowała raczej między nimi zgoda, zwłaszcza podczas posiłków pani domu. Trzeba było być grzecznym, aby zasłużyć na smakowity kąsek ze stołu. Wyglądało to w ten sposób, że Babcia Bobasa siedziała na krześle po środku, po prawej Kitka a po lewej Milka. I każdy dostawał po kolei kąsek. Po uczcie nadchodził czas, aby się wyspać w moim wózku dla lalek, co Kitka uwielbiał.

Chociaż domek pułapkę Kitka omijał szerokim łukiem, kiedy pojawił się domek dla lalek, postanowił się do niego wprowadzić, zajmując cały parter. Cóż, Barbie była oburzona, gdy się okazało, że kocur zajął całą powierzchnię jej salonu, dzięki czemu, urządzanie przyjęć było bardzo utrudnione. Raz próbowałam nawet interweniować zabierając Kitkę z domku. Zostałam podrapana po ramieniu! Bliznę mam do dzisiaj. Czasem lepiej sobie odpuścić. Serio!  Na szczęście przestronna sypialnia na piętrze z prywatnym tarasem i widokiem na scindapsusowy ogród rekompensowała Barbie tą niedogodność. Obyło się bez większych napięć.

Mimo upływu tylu lat, wciąż pamiętam nasze leniwe poranki, kiedy tuliliśmy się z Kitką do siebie, a także widok kuchennego okna wychodzącego na podwórko, z którego kocur obserwował co robię – na tym podwórku bawiliśmy się z dzieciakami, które mieszkały w tej samej kamienicy co ja.

Często spoglądał też w niebo w nadziei, że jakiś ptak postanowi wlecieć do naszej kuchni. Kiedy któryś pojawiał się w zasięgu jego wzroku, Kitka przestawał być przez chwilę słodkim kriciusiem i zamieniał się w żądnego ptaka drapieżnika. Raz jeden gołąb nawet się poświęcił, ale nie dla Kitki a dla kotów mieszkających na podwórku. Kitka obszedł się smakiem.

Kiedy miałam 14 lat, Kitka ciężko zachorował. Myśl o rozłące była dla mnie bolesna, ale rozumiałam, że nadszedł czas, aby się pożegnać. Kiedy nastał ten smutny moment a nasze drogi się rozeszły, Kitka został zakopany na rodzinnej działce, gdzie spoczywa do dnia dzisiejszego.  

Sięgając pamięcią do wspólnych chwil z Kitką, od początku jak zamieszkaliśmy w Holandii marzył mi się kotek. Zwłaszcza po tym, jak obserwowaliśmy z okna naszego pierwszego wynajętego domu w Holandii Koci Patrol.

Każdy z kotów miał swoją porę, kiedy był na dworze i pilnował dzielnicy. Jedne były rano, drugie popołudniu, a inne wieczorem, każdego dnia ta sama pora. Były też 3 koty syjamskie, które nie wychodziły z domu, ale czatowały przed szklanymi drzwiami. Holendrzy uwielbiają koty.

Najzabawniejszy moment był wtedy, jak z Różą przez okno machałyśmy i wołałyśmy do „popołudniowego” kota, że parę ogródków dalej siedzi sobie beztrosko mewsko. Mimo tego, że nawoływałyśmy do niego przez zamknięte okno posłuchał! Kotek poprzez płoty i dachy ogrodowych schowków pobiegł pognać panoszące się po ogrodach ptaszysko. Te kurczaki plażowe to dość zabawne ptaki. Mogłabym napisać mnóstwo anegdotek na temat życia holenderskich mew.

Bary

Większość domowników była za tym, aby jednak to pies był pierwszym naszym zwierzakiem. I tak dołączył do nas Bary – bardzo mądry pies z zdecydowanym charakterem. Takim, że szeregi policyjne w Holandii z pewnością przyjęłyby go do siebie z otwartymi rękami w roli politiehond (pies służbowy; specjalnie wyszkolony pies do pracy w policji).

Bary był nieustraszony. W Sylwestra siedział sobie spokojnie przy oknie i obserwował, ile sąsiedzi wydali w tym roku na fajerwerki. Stwierdził, że Holendrzy nie są tacy skąpi jak mawiają.

Bronił także naszego domu. Ja byłam przy drzwiach w kilka sekund, Bary dobiegał w jedną. Tak, taki właśnie był Bary, nasz piesek na wypasie. Niezwykle szybko się też uczył. Każdej komendy uczył się w 1 dzień a na treningach dla psów mówili, że ma potencjał. Jedyne czego się bał to wody. Ale hej, w końcu Superman też miał jakąś słabość. 😉

Jak na swój dominujący charakter, Bary potrafił być też zwyczajnym psem – uwielbiał zabawki i często z samego już rana brał swój ulubiony zielony szarpak w zęby i przybiegał w miejsce, w którym byłam.

– Daj mi chociaż wypić kawę – mówiłam mu wielokrotnie, ale zdaje się, że nie zwracał na to większej uwagi. Czasem odpuszczał i szedł na swoje ulubione miejsce pod lodówką, ale najczęściej spoglądał na mnie z miną „kawy się zachciało, też mi coś. Pobaw się ze mną.” 😉

Bary był kompanem zabaw i psyjacielem moich dzieci. Codziennie obserwowałam wspólne przygody Bobasa, Siostry Bobasa i psa. Róża zabierała Barego na wspólne wycieczki na wypasie, a Lilia często mu się przyglądała, głaskała, a także dokarmiała wszystkim, co sama dostała do jedzenia. Także Bary uwielbiał żerować pod stołem. Jak już tylko zasiadała do krzesełka, przybiegał z końca pokoju – wiedział, że zaraz jakiś smakowity kąsek spadnie mu na podłogę. Często musiałam nieźle kombinować, aby nie poczęstowała go czymś, co nie nadaje się do zjedzenia przez psa np. rodzynkami lub kawałkiem czekolady.

Niestety Bary nie był z nami długo, zaledwie parę miesięcy. Odszedł od nas na początku lutego tego roku. Do dzisiaj mam przed oczami dumny wyraz jego pyska, jak siedział na kanapie. Z kanapy miał dobry widok na cały salon i kuchnię. Pewnie dlatego tak lubił to miejsce.

Bary z pewnością był niezwykłym psem, a jego sposób na życie zmienił moje podejście do psów.

Wkrótce po odejściu Barego, jego dierenarts (weterynarz) wysłał do nas czarno-białą kartkę. Bardzo miłe, chociaż w tamtym momencie wszystko co było związane z Barym doprowadzało mnie do łez.

Radość, jaką razem dzieliliście, nikt Wam nie odbierze.

Pustka po jego stracie była ogromna, zwłaszcza następnego dnia. Serce mi pękało na widok Lilii, która zaglądała za każde drzwi jakie mieliśmy w domu wykrzykując „ahaaa” i tym rozczarowaniem, które się na jej twarzy malowało, gdy odkryła, że jednak psa tam nie ma. Najsmutniejszy widok jednak zastałam, gdy Lilia po przeszukaniu domu, postanowiła usiąść w miejscu ich wspólnych zabaw. Gdy Bary był z nami, zawsze w to miejsce przybiegał, gdy tylko Lilia się tam pojawiała. Od razu. To było takie ich wspólne, ustalone przez nich miejsce. Lilia czekała i czekała, ale Bary wciąż się nie pojawiał.

Następne dni były jeszcze trudniejsze. Mimo, że starałam się z nią rozmawiać jak najlepiej umiałam, Lilia najtrudniej z nas przeżywała stratę ukochanego psyjaciela. Bardzo dużo płakała i nie potrafiła się odnaleźć.

Barry

Wkrótce po odejściu Barego wspólnie zdecydowaliśmy, aby dołączył do naszej rodziny kolejny pies. Pies, po którego pojechaliśmy niezły kawał drogi. Gdy weszliśmy do środka domku na wsi, w którym mieszkała grupka goniących się szczeniaków, Lilia aż pisnęła z radości na ich widok. Od razu zabrała się do zabawy z nimi, a smutek zniknął z jej twarzy. Wspólnie z nią wybraliśmy naszego nowego psyjaciela i zabraliśmy go do domu.

Barry, bo tak nazwaliśmy naszego nowego pieska, z pewnością nie zastąpi nam starego psyjaciela. Jednak ten uroczy, mały i żarłoczny wilczek z chwilą gdy się pojawił w naszym domu, wprowadził radość i zapełnił nam pustkę.

Barry to owczarek niemiecki, ale jak leży na pleckach uśmiechnięty (tak, psy też się uśmiechają!) i ma uszka do góry, to wygląda jak mały wilczek.

Nawet karma z wilkiem na obrazku mu niesamowicie smakuje i najbardziej pasuje ze wszystkich jakie dotychczas jadł. Bary dla odmiany nie znosił suchej karmy. Wolał głodować niż ją jeść. Karmiliśmy go dietą BARF (Biologically Appropriate Raw Food; Biologiczne Odpowiednie Surowe Jedzenie).

Każdego dnia obserwuję jak świetnie zaczynają się rozumieć i uzupełniać, dbając o siebie wzajemnie. Barry dba również o bezpieczeństwo Lilii – szczeka, jak niebezpiecznie zbliża się do schodów (ach ten wątek z Supermanem).

Chociaż Barry jest jeszcze 14 tygodniowym szczeniaczkiem, również i tym razem jestem obserwatorką tworzenia się niezwykłej więzi pomiędzy Bobasem a Barrym. Na początku Lilia podchodziła do Barrego jak do Barego. Szybko jednak odkryła, że Barry jest innym pieskiem i to co odpowiadało tamtemu, nie koniecznie pasuje temu.

Zgodzę się, że „dla niemowlęcia bazującego na pierwotnie mu wgranym systemie operacyjnym pies czy kot jest równoprawnym partnerem” (Szymon Hołownia – Boskie Zwierzęta).

Obserwuję także ich codzienne przygody oraz masę pomysłów na to jak urozmaicić sobie i mi dzień np. tworząc powódź z wylanej, pełnej miski wody, wspólnie grzebiąc w śmieciach lub wyciągając wszystko z szafek, które Lilia podaje Barremu a ten wynosi gdzieś, gdzie mnie trudno będzie się po nie dostać.

Barry w przeciwieństwie do Barego uwielbia wodę, ale nie przybiega do drzwi w 1 sekundę. Jak ktoś dzwoni do drzwi mija chwila zanim ziewając doczłapie się powolutku zobaczyć co się dzieje. Ostatnim razem jak już w końcu pojawił się pod drzwiami, usiadł i spojrzał na listonosza. Dopiero wtedy wskoczył na cztery łapy i zaczął szczekać. Ma potencjał!

Czy ma jakąś słabość? Póki co, skrupulatnie ją ukrywa, ale ja się dowiem. 😀 To co łączy Barego i Barrego to uwielbienie dla przesiadywania ze mną w toalecie. Każdy, kto był w Holandii, wie jak malutka jest toaleta na parterze. U nas w domu krótki wypad do parterowej łazienki to prawdziwa, rodzinna wycieczka. Ja, bobas no i pies 🙂

Ile psów i kotów, tyle przeżyć i wspomnień. Każdy kto miał psa lub kota z pewnością przyznałby, że każdy z nich miał swój własny charakter i również potrafiłby z głębokim zrozumieniem opisywać ich indywidualne cechy i upodobania.

Psy nigdy nie umierają. One śpią w Twoim sercu.

Ernest Montague

Ten piękny cytat autorstwa przeczytałam kiedyś w sieci. Sięgając pamięcią do niezwykłych chwil spędzonych z Kitką, to samo mogę powiedzieć o kotach. Bo przecież więź pomiędzy dzieckiem a przyjacielem na czterech łapach, czy to psem czy kotem jest niezwykła i na zawsze zapadająca w pamięć.

A jaki był Twój pies i kot?

I parę słów o ….

…. Facebooku. Wiele osób zapytało mnie, dlaczego usuwam swoje konto na Facebooku. Odpowiadałam krótko: czas. Tylko tyle i aż tyle.

Kiedy odszedł od nas Bary, chciałam dać sobie czas, aby przeboleć jego stratę i zebrać myśli. To właśnie dlatego planowany wpis o Planie Porodu nie pojawił się na czas. Chciałam jednocześnie tym tygodniem ciszy upamiętnić odejście Barego. Koleżanki i koledzy (z ich inicjatywy) Siostry Bobasa uczynili to samo, upamiętniając Barego kilkuminutową ciszą na wspólnej grupie.

Podczas tego tygodnia naszły mnie pewne refleksje – krótki czas jaki spędził u nas Bary, uświadomił mi, jakie to życie jest kruche i czasem zbyt krótkie, a przez to czas jest zbyt cenny, żeby nim niemądrze dysponować.

Chwile są przecież takie ulotne, szybko przemijają, a bobasy tak szybko rosną. Pamiętaj, w Holandii jak kapusty 😉 Wzięłam głęboki oddech i postanowiłam nad tymi refleksjami dobrze pomyśleć i postanowiłam zrobić coś, o czym już od dawna myślałam, czyli usunąć konto na Facebooku.

To miała być tylko krótka chwila na Facebooku, zobaczyć co słychać u moich ukochanych sierpniówek albo sprawdzić czy ktoś nie opisał jakiegoś problemu związanego z wielopieluszkami, na które ja znałam odpowiedź. Czasem tym ktosiem byłam ja.

Potem nie raz łapałam się na tym, że bezustannie przesuwałam palcem po ekranie smartfona, wykonując przy okazji kilka różnych czynności naraz, jak np. zabawa z Bobasem z jednoczesnym zerkaniem w kierunku Barego i drzwi, w oczekiwaniu na listonosza, który miał się zjawić właśnie w tym momencie (według monitoringu PostNL – holenderskiego ogólnokrajowego przedsiębiorstwa pocztowego) z paczką nowych wielopieluszek albo smakołyków dla pieska. Od samego czytania można się pogubić.

Ponieważ rozdzielenie konta prywatnego z blogowym wydawało się wręcz niemożliwe, postanowiłam, że fanpage bloga podzieli los mojego konta prywatnego, który oczekiwał w kolejce na usunięcie (na Facebook’u konieczne jest odczekanie 30 dni na permanentne usunięcie konta).

Na szczęście w międzyczasie okazało się, że można inaczej. Dziękuję mojej Mamie, która motywowała mnie do szukania innych rozwiązań, a także dla Marzenki, która świetnie opiekowała się ryneczkiem wielopieluszek pod moją nieobecność i pomogła mi w powrocie do grupy.

Kiedy napisałam mojej Mamie, że bobas jest z powrotem na Facebook’u, odpisała mi: „nareszcie poczułam się, że jesteś z nami”.

Z pewnością spodoba Ci się także...

2 komentarze

Hania 23/11/2020 - 23:47

Agato, piękna historia o zwierzakach w Twoim pięknym życiu. Wiele razy czytam i pięknie opisujesz. Chętnie poczytam następną historię o innych zwierzakach. Pozdrawiam serdecznie ze Szczecina – Matka Polka

Odpowiedz
Położna Agata 26/11/2020 - 17:50

Dziękuję serdecznie za pomysł. Jest o czym pisać. 🙂

Odpowiedz

Napisz komentarz

Oświadczam, że akceptuję postanowienia zawarte w polityce prywatności.

Zaparz sobie dobrą kawę, ciasteczka zapewnia położna. 🍪 Mniam! Przeczytaj skład ciasteczek.

🍪